środa, 23 kwietnia 2014

Part 18 - część 2.

Obudziłam się o 8, nie mogąc zasnąć poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i wróciłam do pokoju. James jeszcze spał, próbę mają chyba dzisiaj później. Więc się cieszę. Oby Carlos się nie wygadał inaczej go zastrzelę.. Przebrałam się i zeszłam na dół, chcąc wyjść przed dom wziąć gazetę nie mogłam ponieważ ‘ coś ‘ nie pozwoliło mi otworzyć drzwi..

 - Przepraszam. – odezwałam się do drzwi, może to trochę dziwne, ale cóż. Jednak zza drzwi ktoś się odezwał.

- Nie gniewam się. – zaśmiał się ktoś męskim głosem.

- Cieszę się że się nie gniewasz kimkolwiek jesteś, ale chciałam wyjść. – stuknęłam lekko w drzwi.

- Ok. Już się odsuwam. – powiedział ktoś. – Jestem Max ale mówią na mnie Mały.

Spojrzałam na kolesia, mały to On nie był, wręcz przeciwnie. Facet wysoki na 2 metry, i potężny. Obok 
Niego stał jeszcze jeden, umięśniony czarnoskóry Mężczyzna. A za bramą dwóch następnych.

- Mały? – spojrzałam na kolesia. – Ok. Jestem Isabella, ale znajomi  mówią mi Bella. Miło poznać. – wyciągnęłam rękę.

- Ja jestem Max, to mój kumpel Adam. A tamci dwaj to Bomba i Żmija. – powiedział i przedstawił mi kolegę.

- Cześć. Adam jestem krótko mówiąc możesz mówić do mnie Day ( czyt. Dej dopisała autorka ) .

- Jasne. A tamci dwaj jak mają na imię? – zapytałam wskazując na Bombę i Żmiję.

- Bomba to Daniel, a Żmija to Randy. – uśmiechnął się i porozmawialiśmy jeszcze chwilę.

- Świetnie. Martin się spisał. – uśmiechnęłam się. – Przepraszam ale idę, zrobić śniadanie może chcecie coś do picia, albo jakieś kanapki?

- Jak to nie jest dla Ciebie problemem to poprosimy 4 butelki wody. – odezwał się Day.

- Jasne. – poszłam do domu i przyniosłam wodę. – Proszę.

- Dzięki Bell. Miłego dnia. – uśmiechnęli się i zajęli pilnowaniem.

- Nawzajem. – wróciłam do kuchni, aby przyrządzić jakieś kanapki. Bo nic innego, nie było w kuchni. 

Oczami Jamesa.

Bella już pewnie wstała, w sumie ja też powinienem. Ale mi się nie chcę. Zaraz.. Cholera! Już późno, muszę wstawać. Poszedłem do łazienki, wziąłem szybki prysznic, i zbiegłem na dół.

- Nie śpisz? – zapytałem Bell, która właśnie parzyła kawę.

- Nie, jakoś nie mogłam. Może kawy? – zapytała z uśmiechem.

- Dziękuję. – cmoknąłem ją w czoło. 

- aa. Żebym pamiętała, uważaj jak będziesz wychodził. – zaśmiała się.

- Czego? – zapytałem spoglądając na drzwi.

- Macie ochroniarzy. – powiedziała.

- Serio? – spojrzałem lekko zdziwiony.

- Tak. Jest Max na którego mówią Mały. Adam czyli Day. No i Daniel czyli Bomba oraz Randy Żmija. – wyrecytowała wszystkich z pamięci.

- Świetnie. – spojrzałem na Nią upijając łyk kawy.

- Martin się postarał. – uśmiechnęła się i mnie przytuliła.

- Cześć Gołąbki ! – z góry zszedł Logan z Kendallem. – Co tam? – zapytał Loggie.

- Mamy ochronę! – krzyknął uradowany James.

- Po co Nam ochrona? – zapytał zaspany Kendall.

- Kawy? – zaproponowała Bell.

- Tak. – odpowiedział Kend . – Ale po co ochrona?  - powtórzył pytanie.

- Martin się o Nas martwi. – wytłumaczył mu Loggie, i mrugnął porozumiewawczo do Bell.

- aa.. – dodał Kend.

- mm.. Kawa, kawusia! – krzyknął Carlos który schodził z góry. Udał się prosto na dwór.

- Car.. – krzyknął Loggie.

- Csii.. szturchnęłam go. – Nie mówcie mu nic. – mrugnęłam do wszystkich.

- Jasne. – uśmiechnęli się. 

Kilka sekund później.

- Cholera! – do kuchni wbiegł przerażony Los.

- Co się stało? – zapytał Jamie powstrzymując się od wybuchu śmiechu.

- Wychodzę na dwór, zobaczyć czy jest gazeta a tam stoi dwóch goryli, za bramką jeszcze dwóch. – mówił przerażony Los. – Myślałem że zawału dostanę, Facet wielki jak drzewo, ja przy Nim to maluch. Zawał na miejscu, ktoś mi wytłumaczy co to jest? – spojrzał na Nas.

- To Nasi ochroniarze. – powiedział Kend. – Mały, Day, Żmija i Bomba.

- Mały? To żaden z Nich nie jest. – zaśmiał się.

I za jego plecami w jednej chwili pojawił się Max. Odnosząc butelki, nic nikt nie mówił żeby go nie przestraszyć. Ale Los, nawijał dalej. 

- Mały to ja jestem w porównaniu z tymi.. Bestiami! – powiedział a raczej wykrzyczał. – Przecież jakbym go w nocy zobaczył, to bym zszedł na zawał.

Wszyscy powstrzymywaliśmy się od śmiechu, a Max stał za Carlosem. A On cały czas nawijał..
- Bell. – Max się odezwał a Los o mało co nie zszedł na zawał.

Odwrócił się w stronę Max` a. Zrobił mega wielkie oczy, i szybkim ruchem wskoczył na ręce do Jamesa. Był najbliżej Niego.

-  Nie musisz się mnie bać, jestem tutaj tylko ochroniarzem.  – zaśmiał się. – Dziękuję za wodę.

- Nie ma za co. Może jakieś kanapki? – zapytałam.

- Nie dziękujemy. – powiedział z uśmiechem. – Carlos? Tak? – zapytał Losa, a On tylko pokiwał głową. Nie jestem taki straszny Młody. – poczochrał go po głowie i poszedł na dwór.

- Dlaczego? Nie powiedzieliście że stoi za mną ten człowiek? – pytał przerażony.

- nie wiem. – zaśmiał się Loggie. – My tu gadu, gadu a trzeba zbierać się do pracy. Cześć Bell. – machnął ręką Loggie i ruszyli do pracy.

- Cześć Kochanie! – cmoknął mnie James i udali się do drzwi.

- Bell! – krzyknął Carlos.

- Tak?

- Pieniądze na zakupy są w słoiczku po ciastkach, jedź z Ali. Ok? – zapytał .

- Ja zaraz pojadę sama, nie chcę jej budzić. – uśmiechnęłam się. – A Wy jedźcie bo się spóźnicie pap. – pomachałam im i zamknęłam drzwi. Po czym poszłam po pieniądze i ruszyłam do sklepu.

Zajechałam do Star sklep podobny do Polskiego Kauflandu.. Wielki super market. Podążałam uliczkami, wszędzie na półkach było mnóstwo kolorowych papierków, dzieci błagały Rodziców aby kupili im coś z półki. No tak, pamiętam Siebie i Losa jak byliśmy mali. Złoty, czerwony czy niebieski papierek zmusił Nas do płaczu, i histerii aby coś tylko dostać. Jeździłam tak pomiędzy uliczkami, aż w końcu zapełniłam koszyk.

- Duże zakupy. – zaśmiała się ekspedientka. – Rodzinna kolacja? – zapytała z uśmiechem, skanując towary.

- Nie. – odwzajemniłam uśmiech. – Po prostu dużo osób w domu, mieszkam z bratem i jego Przyjaciółmi więc, takie zakupy to dla Nas norma. – uśmiechnęłam się, chowając kolejne rzeczy do wózka.  Zeszła się z tym dłuższa chwila, ale w końcu się udało.

- Dziękujemy i zapraszamy ponownie. Miłego dnia. – uśmiechnęła się i wręczyła mi paragon.

- Dziękuję. – gdy zobaczyłam rachunek, przeraziłam się.. – 250 dolarów.. Szlak! – przeklęłam w myślach. Ile Oni jedzą.. – Ech.. Czas ruszyć do domu.

Po drodze zajechałam, do małej kawiarenki. Pech chciał że spotkałam Jack` a . 

- Cześć! – machnął ręka, i zaprosił mnie tym samym do stolika.

- Hej. – przywitałam się i usiadłam. – Jack.. – zaczęłam nie pewnie. – Możemy pogadać?

- Jasne. Czego się napijesz? – zapytał i zawołał kelnerkę.

- Co podać? – zapytała kobieta lekko koło 30 lat.

- Ja poproszę kawę a Ty? – zapytał

- Kawę mrożoną. – odparłam i wróciliśmy do rozmowy.

- Więc o czym chcesz rozmawiać? – splótł ręce i wziął głęboki oddech.

- Dlaczego powiedziałeś do mnie ostatnio ‘ Nie wiedziałem że mam aż tak sławną Dziewczynę ‘ . Jack. Coś do mnie czujesz? – zapytałam z lekkim strachem .

- ee.. wydukał.

- Proszę Państwa zamówienie. – Kelnerka podała Nam napoje i odeszła.

- Więc? – zapytałam ponownie. 

- Słuchaj. Byliśmy świetną parą, jak ze mną zerwałaś nie wiedziałem co mam ze Sobą zrobić. – tłumaczy. – Zależało mi na Tobie, i nadal zależy. – spojrzał na mnie biorąc łyk kawy. – Bell. Wiem że jesteś z Jamesem, ale ja i tak nie przestanę o Tobie myśleć, zawsze będziesz w moim sercu i to się nigdy nie zmieni. – spojrzał na mnie a ja zamarłam.

- Jack.. – zatkało mnie, nie mogłam wydusić z Siebie słowa. – Wiedz że zawsze będziesz dla mnie kimś ważnym. Bez względu na to, czy będę miała kogoś czy nie. – spojrzałam w jego brązowe oczy, i wtedy przypomniały mi się wszystkie, nasze wspólne chwile.

- Zawsze możesz na mnie liczyć, pomogę Ci w każdej sytuacji. – chwycił delikatnie moją dłoń. Zawsze będę przy Tobie.

Stop! Stop! W głowie zaświeciła mi się czerwona lampka. Ogarnij się masz przecież Jamesa. Głosy w mojej głowie, były naprawdę przerażające. Czego nie zabierasz dłoni? Sumienie? Czyżby się odezwało.

- Stop.. – przerwałam po dłuższej chwili.

- Co się stało? – zapytał z błyskiem w oku i nienagannym uśmiechem.

- Zasiedziałam się. – spojrzałam na zegarek, była 16.37 . Muszę lecieć, cały dzień prawie spędziliśmy razem. – zaśmiałam się. Muszę iść. – cmoknęłam chłopaka w policzek i poszłam do auta.

Dlaczego to zrobiłam? Musiałam go pocałować? Cholera! Co za idiotka!! Krzyczałam na Siebie w myślach. Moją bitwę przerwał mi SMS od Carlosa.

‘ Cześć! Gdzie Ty jesteś? Czekamy na Ciebie, bo nie ma nic w lodówce. ‘ 

Nie odpisałam nawet, tylko ruszyłam w stronę domu. Wysiadłam z samochodu, odstawiłam zakupy na podjazd i zamknęłam auto..

- Stój ! – usłyszałam jakiś męski głos.

- Coś się stało? – odwróciłam się, przede mną stał jakiś umięśniony facet.

- Jeżeli jeszcze raz, pokrzyżujesz Nam plany to obiecuję że to źle się dla Ciebie skończy! – krzyknął i oblał mi czymś rękę, podczas gdy jego kumpel mnie mocno złapał.

- auu.. !! – krzyknęłam głośno i szybko upadłam. A Oni wsiedli do czarnego samochodu i odjechali.

- Bella! – usłyszałam krzyk Logana. – Nic Ci nie jest? – zapytał i pomógł mi wstać.

- Logan.. Ktoś mnie oblał kwasem czy czymś, strasznie boli. – łzy zaczęły mi spływać po oczach.

- Alice! – krzyknął chłopak. – Jedziemy do szpitala.. Szybko!

Pomogli mi wsiąść do samochodu i odjechaliśmy, najszybciej jak to było możliwe.. 

Oczami Logana.

Jechałem tak szybko jak tylko mogłem.
.
- Cholera! – krzyknąłem i odwróciłem się do dziewczyn z tyłu. – Policja..

- Co?! – krzyknęły jednocześnie. – Zatrzymaj się, i powiedz wszystko co trzeba.

- Dzień Dobry. – powiedział policjant zatrzymując Nas. – Dokumenty proszę. – odpowiedział.

- Proszę. Przepraszam ale bardzo się śpieszymy. – pokazałem na dziewczyny z tyłu.

- To nie zajmie długo. – odpowiedział i wrednie się uśmiechnął.

- Panie władzo..  zaczęła Ali. – Naszą koleżankę, ktoś oblał kwasem i jedziemy do szpitala!  Jak Nas Pan nie puści, to złożę skargę za to że nie pozwolił Pan Nam zawieść chorego do szpitala, i jeszcze pozwę Pana do sądu! – krzyknęła w stronę Policjanta.

- Przepraszam bardzo. – proszę, oddał mi dokumenty. – Będę jechał przed Państwem, żebyście bezpiecznie dojechali. – odszedł z burakiem na twarzy.

- No, no. – klasnąłem kilka razy w dłonie. – Świetna robota Skarbie.

- Wiem. – uśmiechnęła się i dostałem buziaka w policzek.

- Hello! – usłyszeliśmy krzyk Bell. – Nie przeszkadzajcie Sobie, ja poczekam.. – warknęła.

-  Ok. Już jedziemy! – przekręciłem kluczyki w stacyjce i odjechaliśmy.

15 minut, i znaleźliśmy się w szpitalu. Lekarz od razu wziął Bell do Sali, a my musieliśmy czekać. W międzyczasie zadzwonił telefon Blondynki.

- Carlos dzwoni. – spojrzałem na wyświetlacz,  na którym widniało zdjęcie Peny. 

- Odbierz. – kiwnęła Ali.

- Jasne. – wziąłem na głośnik .

- Gdzie do cholery jesteś? – krzyczał rozzłoszczony Los.

- Siema.. Tutaj Logan, jesteśmy w szpitalu. Nie martw się. – powiedziałem.

- Co?! – odpowiedział przerażony Los. – Jak to? Co się stało?

- Wracałem z Ali ze spaceru, i zobaczyłem Bell jak leży na ziemi, a potem pokazała Nam swoją rękę ktoś ją oblał kwasem. – wytłumaczyłem spokojnie.

- Co?! – Los powtórzył ponownie. – Gdzie jesteście? Zaraz przyjadę.

- Medical Center. Wiesz gdzie to jest? – zapytałem kumpla.

- Zaraz będę. – rozłączył się .

- Los, zaraz tutaj będzie, więc  musimy czekać. – spojrzałem na Al i objąłem ją ramieniem. – Nie martw się, wszystko będzie dobrze. – cmoknąłem ją w policzek.

- Na pewno.. – westchnęła .

Kwadrans później.

- Jestem! – krzyknął Los biegnąc w naszą stronę. – Gdzie Bell?! – pytał zmartwiony.

- Na Sali, zaraz pewnie wyjdzie lekarz. – odparła Al. – Długo już tam siedzi. – spojrzała na zegarek.

- No tak. 30 minut, to kawałek czasu.

- Dzień Dobry. – z Sali wyszedł Lekarz. Na oko, miał coś koło 35-40 lat. – To Pan przywiózł pacjentkę? – zapytał patrząc na Nas z powagą.

- Tak. Jestem Logan Henderson, to moja dziewczyna Alice i brat Belli Carlos Pena.

- Dzień Dobry. – podał rękę Carlosowi.

- Dobry, dobry. – odpowiedział i uścisnął rękę lekarzowi. – Jak tam moja siostra? Zapytał splatając palce. Był chyba zmartwiony. 

- Wszystko dobrze. – odpowiedział z uśmiechem. – Isabella ma się dobrze, właśnie pielęgniarka kończy wypisywać receptę na maść, która będzie potrzebna aby pacjentka smarowała Sobie przedramię. Proszę od razu wykupić receptę, i dzisiaj wieczorem jak będzie taka możliwość zostawić rękę aby na noc pooddychała, a rano posmarować, i powtarzać tę czynność 2 razy dziennie. Rano i wieczorem, a co drugi dzień ręka musi być odsłonięta. To na tyle dziękuję. 

- My też bardzo dziękujemy. – dodaliśmy a z pokoju wyszła Bell.

- Carlos.. – Bell szybko podbiegła do brata i mocno się do Niego przytuliła. – Przepraszam. – powiedziała. 
– Nie chciałam, naprawdę nie chciałam. – z jej oczu popłynęło kilka łez. 

- Mała, nie przejmuj się. – uśmiechnął się do Niej i ruszyliśmy do domu.

Cała jazda przebiegła w kompletnej ciszy, nikt nie chciał się odezwać, aż do przyjazdu do domu, gdy wszyscy na Nas naskoczyli.

- Co się stało? – zapytał James, wychodząc z kuchni ze szklanką soku. Carlos wybiegłeś tak nagle.  – zaśmiał się.

- To nic takiego. – odezwała się Bell.

- Nic takiego?! – Los podniósł głos.

- Przepraszam.. – Bell spojrzała na Nas i później na swoją rękę.

- Coś się stało? – z góry zszedł Kend. – Cześć! – machnął ręką i udał się do kuchni.

- Ktoś napadł Bell przed domem. – wytłumaczył Los.

- Co?! – James i Kendall wypluli na Siebie sok. – Jak to? – zapytał przerażony James.

- Wracałam ze sklepu z zakupami, i gdy wyciągnęłam je z samochodu jacyś kolesie mnie zatrzymali.. Mówił coś o jakichś pokrzyżowanych planach, coś im zepsułam. – mówiła. – Nie wiem, o co chodziło.

- Od dzisiaj wychodzicie razem Ty i Alice! – krzyknął Logan. – Nie będziecie same chodziły po mieście, załatwimy Wam ochronę.. mówił dalej. – To nie może tak być! – podniósł głos.

- Ale nie trzeba.. – powiedziałam.

- Trzeba! – powiedział James. – Inaczej.. – zamilkł i wziął głęboki oddech. – Inaczej nie ruszacie się z domu. Ja nie chcę znaleźć dzień później, waszych zwłok! – krzyknął i wyszedł na balkon.

- James! – krzyknęła Bell.

- Poczekaj. – powiedziałem. – Zaraz mu przejdzie. Chodźcie rozpakujemy zakupy i zrobimy jakiś obiad..
Poszliśmy do kuchni, lekarz zabronił robić jak na razie cokolwiek Bell. Nie może zajmować się ciężkimi rzeczami, lecz uparta jest jak osioł! Ale cóż.. 


Kilka godzin później.

- Chyba jesteś śmieszny?! – z góry było słychać krzyki Bell i Jamesa.

- Ja?! – odkrzyknął i trzasnął drzwiami.

- Coś ich nie słychać.. – powiedziałem do Alice.

- Może się zamknęli, albo nie wiem. Już mam dosyć ich kłótni.

Chwilę później znowu można było usłyszeć trzaski drzwi, tym razem Bell zeszła na dół.

- Wybierasz się gdzieś? – zapytała Ali.

- Jak najdalej od tego kretyna! – krzyknęła tak aby James usłyszał.

- Świetnie! – usłyszeliśmy głos Jamesa. – Rób Sobie co chcesz! Ale ja nie będę później, Cię szukał po szpitalach i reszcie! – krzyknął.

Bell się zdenerwowała i pobiegła na górę.. Dalej było słychać kłótnie.

- Debilu nie rozumiesz że ja nie chcę aby coś Wam się stało? – krzyki Bell były coraz głośniejsze. Postanowiliśmy pójść  na górę.

- Ale nie musiałaś Nam załatwiać ochrony.. – westchnął już trochę ciszej.

- Można? – zapukaliśmy z Ali do och pokoju.

- Jasne. Wchodźcie. – odparli.

- Cieszymy się że mamy ochronę, ale nie musicie się o to kłócić. – powiedziałem i poklepałem Maslowa po ramieniu. – Dziewczyny się o Nas martwią, mają prawo. – uśmiechnąłem się do kumpla i zeszliśmy na kolację.

Stół był ładnie przykryty, postanowiliśmy tylko wszystko postawić i zajęliśmy się posiłkiem. Po udanej kolacji, wyszliśmy na taras. Kendall trochę pograł na gitarze a my pośpiewaliśmy wieczór mogliśmy zaliczyć do udanych.  Jutrzejszy dzień spędzimy w końcu w domu, Martin dał Nam wolne więc w końcu się wyśpimy.

- Jutro Twój wielki dzień Mała. – Carlos poklepał Bell po ramieniu.

- Przestań. – spojrzała na Niego z miną zbitego psa. – Dzień jak co dzień. – westchnęła ramionami.

- Jasne.. – uśmiechnęliśmy się z chłopakami. – Zobaczymy jak jutro będziesz panikować. – zaśmiał się Kendall.

- Ja? – zaśmiała się i machnęła ręką.

- No a nie? – spojrzał na Nią James. – Będziesz szperała w szafie, w poszukiwaniu ubrań. – zaśmiał się. – Aż w końcu, pobiegniesz do Al  i coś wybierzecie.

- No i świetnie. – ucieszyła się Al. – Przynajmniej we mnie ma wsparcie. – ziewnęła .

- Dobra, my tu gadu gadu , a czas iść spać. – podałem dłoń Ali i poszliśmy na górę. – Dobranoc. Cześć Wam.

- Cześć. – machnęła reszta po czym, zaczęli się zbierać.

Zaszliśmy na górę byłem taki padnięty, że od razu rzuciłem się na łóżko i nie wiem kiedy ale zasnąłem. 

Ech.. Pisałam ten rozdział z trochę inną nadzieją, ale coś mnie podkusiło i zmieniłam większość. Nie musi się Wam podobać :). Ale liczę na szczere komentarze :). Jednorazówka o Jamesie już powstała, kiedy chcecie ją przeczytać?
Lisa ♥ . 

11 komentarzy:

  1. Że niby kwasem oblali? Shit... a ten ochroniarz na dwa metry... może Mały to on nie jest, moze małego ma co innego :) super rozdzial :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział ;) Kocham to<3
    A co do jednorazówki to jak najszybciej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny rozdzial i chcialabym jednorazowke o Jamesie przeczytac jak najszybciej.
    Czekam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Teraz!!! Rozdział jest GENIALNY!!! CZekam xo

    OdpowiedzUsuń
  5. Coś późno się obudziła... Jak na mnie. A "Mały" był najlepszy. Jeszcze wiem, co to jest "ironia".I jak Oblać kwasem? Nie, nie nie... Ja się nie zgadzam, żeby ktokolwiek cierpiał. Notka świetna, czekam na nn! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Phahahaha mały :D hahahaha nie no nie mogę genialne koleś na 2 metry i Mały. Jeszcze mi się to skojarzyło z "czymś". Masz genialnego bloga laska( no chyba że facet xd ). Nowa, nowa nowiuteńka. Czekam na nn :D
    Mały nie wyrabiam normalnie heh.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hahahhah 250 dolarów za jedzenie xdd Dlatego tak szybko rosną ;p
    Biste pomysły masz <3 Next please ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie ni rozdział świetny. Najlepszy moment z tymi ochroniarzami. Czekam na nexta

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział świetny ! :)
    "Mały" - gościu 2 metry xD
    Czekam na nn :)

    OdpowiedzUsuń